Katmandu, stolica chaosu.

Przez pierwsze kilka dni, zaszyci w Katmandu, z zaciekawieniem chłonęliśmy nepalskie nowości.

Gubiliśmy się i odnajdywaliśmy w krętych uliczkach Thamelu. Zwiedzaliśmy okoliczne świątynie. Próbowaliśmy jedzenia. Przyglądaliśmy się Nepalczykom. I fascynowało nas absolutnie wszystko – od niewyobrażalnej plątaniny kabli, aż po wszechobecne Suzuki Maruti (podejrzewamy, że wszystkie niewygrane w Kole Fortuny egzemplarze wiodą po dziś dzień swój żywot na ruchliwych ulicach Nepalu).

Kable. Morze kabli.

Typowy maruciacz.

Swój dzienny tryb życia przyszło nam dostosować do przerw w dostawach prądu. Czego bezpośrednim skutkiem (nie tylko, spore zasługi miała tu też okropna w smaku kawa i wysokie ceny alkoholu;) stał się nasz nienagannie higieniczny tryb życia. Zrywaliśmy się o świcie szczękając zębami, hartowaliśmy nieludzko zimnym prysznicem, po czym dziarsko wyruszaliśmy zwiedzać miasto.

Życie bez prądu.

O ile brak prądu i ciepłej wody pachniały jeszcze kusząco egzotyką, o tyle zasady ruchu ulicznego, czy raczej ich absolutny brak przyprawiały co najmniej połowę z członków naszej wyprawy o codzienne palpitacje serca. Jedynym pewnikiem w całym otaczającym nas chaosie było to, że jako piesi nie posiadamy absolutnie żadnych praw, a każde przejście przez zatłoczoną ulicę przypominało dramatyczną walkę o przetrwanie. Tonąc na środkowym pasie jezdni w morzu otaczających nas pojazdów, z łezką w oku wspominaliśmy straż miejską uganiającą się za przechodzącymi na czerwonym świetle rebeliantami.;) Jedynym jasnym punktem całej tej wielkomiejskiej przygody był fakt, że ze względu na tragiczną jakość dróg, rzesze kreatywnych kierowców opływały nas w odpowiednio umiarkowanym tempie.

Traffic rules...

Tymczasem...

Jeśli już jednak udawało nam się dojść do wyznaczonego celu, zawsze okazywało się, że był on tego absolutnie wart. Unikatowa mieszanka religii Nepalu, stanowiąca harmonijny mix hinduizmu i buddyzmu sprawiała, że każda odwiedzona świątynia robiła na nas niesamowite wrażenie. Położone na obrzeżach miast, były oazami spokoju w zatłoczonej stolicy – umiejscowione w jej nielicznych, cichych i spokojnych zakątkach, zapewniały wytchnienie od wszechobecnego chaosu. Majestatyczne stupy otoczone hinduistycznymi posągami, wszędobylskie makaki (węszące, co by tu zajumać równie wszędobylskim turystom) i przechadzający się tu i ówdzie buddyjscy mnisi dawały nam na bieżąco do zrozumienia, jak daleko od domu się znaleźliśmy.

Monkey Temple.

Świątynne makaki.

Jeszcze bardziej do naszego szoku kulturowego przyczyniła się wizyta w świątyni Pashupatinath, gdzie mieliśmy okazję wziąć udział w kremacji. I to niejednej, bo jak się okazało, bycie skremowanym w owej świątyni było dla okolicznych wyznawców  hinduizmu mniej więcej tym, czym dla mieszkańców Warszawy pochówek na Powązkach. Dlatego też rodziny z namaszczeniem czekały na kolej „swojego” zmarłego na drugim brzegu rzeki, sprzedawcy orzeszków robili biznes życia, okoliczne bezpańskie psy z nadzieją kręciły się przy brzegach, a my, jak ostatni profani, uwiecznialiśmy wszystko na zdjęciach (może nie od początku, ale potem zobaczyliśmy japońskich turystów z ich och-jak-bardzo-nie-na-miejscu obiektywami i wszelkie rozterki moralne nas opuściły – zakładamy, że może się zdarzyć, że będziemy się smażyć w hinduistycznym piekle). Nie umniejsza to jednak faktu, że udział w tak różnej od tego co znamy ceremonii, był z pewnością jednym z ciekawszych wydarzeń, na jakie natrafiliśmy podczas naszego pobytu w Katmandu.

Kremacja.

Pomimo, że miasto miało w sobie dużo uroku, na dłuższą metę przebywanie w nim było jednak dosyć męczące. Poza tym wciąż mieliśmy w pamięci widok widzianych z okien samolotu Himalajów, który z dnia na dzień coraz bardziej rozbudzał naszą wyobraźnię. Spowijający Kathmandu smog nie pozwalał nam się nacieszyć nawet skąpym widokiem głównego powodu, dla którego odwiedziliśmy Nepal. Dlatego już po kilku dniach znów spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w podróż do kolejnego miasta na trasie naszej podróży. Wyruszyliśmy do położonej u stóp Himalajów Pokhary. //M.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s